Za nami już wiele Koncertów Urodzinowych, usłyszeliśmy wykonania znakomite i kontrowersyjne, poprawne i niegrzeczne, zachwycające i niepokojące – dzisiejszego wieczoru usłyszeliśmy wykonanie natchnione.
Dziś główną rolę odgrywali pianiści rosyjscy, spadkobiercy wielkiej szkoły pianistycznej. Układ programu – najpierw Nikolai Demidenko w Koncercie e-moll a po przerwie Evgeny Kissin w Koncercie f-moll – okazał się znakomity, bowiem intelektualna interpretacja Demidenki nie zrobiłaby takiego wrażenia, gdyby wystąpił po Kissinie.
Po wczorajszym wieczorze znów musieliśmy przywykać do innej aury brzmieniowej, tym razem współczesnej. Powrót do przyszłości okazał się nie tak prosty. Romantyczna orkiestra i nowoczesny fortepian mają swoje prawa i tradycje, inne są proporcje brzmienia, melodie w basach nie są eksponowane w takim stopniu jak w muzyce dawnej, artykulacja vibrato rozmywa kreskę… to już nie dawny obraz olejny, ale raczej akwarela, piękna, elegancka, ale im bliżej podchodzimy, im bardziej zależy nam na szczególe, tym bardziej właśnie tego nie ma.
Demidenko dał fenomenalną interpretację Koncertu e-moll, fenomenalną – ale nie porywającą. Artysta postanowił zastosować konsekwentnie zawężoną skalę dynamiczną, jak mówiono w przerwie, „za dużo mezzoforte”. Ale to nie jest cała prawda. Po prostu jest to Chopinowska skala dynamiczna, którą postulował bodaj Paul Badura-Skoda: fortissimo odpowiada naszemu mezzoforte, forte to piano, piano to pianissimo a pianissimo jest na granicy słyszalności. Taką dynamiką grał Chopin, o czym wiadomo z tysięcy przekazów, nie wyłączając własnych relacji kompozytora z wykonań publicznych.
Konsekwencja, z jaką Demidenko zbudował swoją interpretację wzbudziła najpierw nasz najgłębszy szacunek, a następnie szczery zachwyt. Każda, bez wyjątku, uwaga zapisana w nutach znalazła wyraziste przełożenie na dźwięk. Świetnie oddana była różnica, jakże istotna dla stylu brillant, między staccato i legato; doskonale realizowana była uwaga con forza. Z mocą, ale nie hałaśliwie! Właśnie tak, konsekwentnie, wedle przyjętej skali dynamicznej, intensywnością, nie brutalnością. Podobnie leggierissimo – leciusieńko, ale wyraźnie, z każdą nutą bezbłędnie podaną i słyszalną. Scherzando w finale – nareszcie! Uwagą tą opatrzył Chopin istotnie żartobliwy motyw, większość pianistów prześlizguje się nad tą uwagą wykonawczą, licząc, że tekst sam zagra. Demidenko natomiast podał ten żarcik w sposób perfekcyjny, dając prawdziwe scherzando.
Na ciepłe przyjęcie pianista odpowiedział dwoma bisami; pierwszym, w którym dopatrywano się jakiegoś poświęconego Chopinowi drobiazgu któregoś z pomniejszych romantyków, Medtnera, Liadowa czy Bałakiriewa, okazał się Chopinowskim mazurkiem „Notre temps”… Nie do poznania, niestety, zagrany niczym walc, nie miał w sobie ani pół właściwego akcentu, ani ćwierć właściwej rytmiki. Drugim bisem była jedna z Sonat Scarlattiego, w transkrypcji na fortepian, bardzo romantycznie zagrana, z obficie stosowanym pedałem, coś w rodzaju Scarlatti-Demidenko, ale nie bez wdzięku.
* * *
Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Narodowej pod batutą Antoniego Wita miewała dobre momenty. W romansie z Koncertu e-moll skrzypce faktycznie miały ten srebrny tonik, o który chodziło Chopinowi. W finale zostały wydobyte piękne motywy z drugiego planu. Całe dzieło Demidenko i Wit potraktowali na sposób kameralny, pozwalając na ukazanie wielu ciekawych motywów akompaniamentu. Świetnie w obu koncertach była wykonana partia fagotu. W Koncercie f-moll bardzo dobrze wykonane było Larghetto, orkiestra współkreowała napięcie dramatyczne tego fragmentu.
Były też, niestety, mankamenty. Każde wejście fletu w niezrozumiały sposób opóźniało tempo. Waltornia cały czas pod dźwiękiem, omal nie zniweczyła efektu artystycznego w Koncercie f-moll. Prawdziwym problemem, nad którym bolejemy od lat, jest nierówna gra na początku i końcu frazy. Zawsze ktoś się wyrwie za wcześnie albo zostanie z dźwiękiem, gdy inni skończą.
* * *
W drugiej części wieczoru pierwszy raz w Sali Koncertowej Filharmonii Narodowej zaszumiały skrzydła aniołów, muzy obsiadły balkony, a po finałowym akordzie spłynęła spod sklepienia skrzydlata Nike, obwieszczając tryumf sztuki. Takiego rozmachu, wirtuozerii, swobody nie doświadcza się codziennie. Evgeny Kissin porwał widownię swoją wielką wizją poetycką, potężną kreacją, która pozostawiła niezatarte wrażenie. To był gigantyczny fresk, przy którym mało dbać trzeba o szczegóły, gdy liczy się obraz ogólny.
Tak, gdy mowa o szczegółach, było trochę nadmiernej ostrości w rytmie; graniczyło to z nerwowością. Nie do końca pojęliśmy sens zwolnień w pierwszej części koncertu, zwłaszcza, że Chopin zanotował tam uwagę a tempo. Ale i szczegół potrafił zachwycić. Kissin dał więcej dźwięku, blasku, jego con forza było grane z mocą (jakże często Chopin pisał con forza! Przy całym swoim delikatnym traktowaniu fortepianu…), warte pokazania motywy w lewej ręce zostały pokazane bez naruszania równowagi fakturalnej całości.
Po owacyjnie przyjętym Koncercie Kissin wykonał trzy bisy. Najpierw Etiuda rewolucyjna, w której zaprezentował podobne podejście do materii dzieła, co w Koncercie: dał wizję, fresk, brawurową wirtuozerię. Prawda, nie wszystkie dźwięki lewej ręki były trafione, ale nawet nie chce nam się tego wytykać. Od czasów Artura Rubinsteina nie było takiego pianisty!
W Walcu cis-moll op. 64 nr 2 Kissin dał obraz balu, walca tańczą w sali obok, my stoimy zadumani, przysłuchując się dobiegającej zza ścian muzyce… Było w tym coś Chaczaturiana, coś z Lermontowa i 100% Chopina.
Pełne kontrastów wykonanie Walca e-moll zakończyło ten wspaniały wieczór.
Krzysztof Komarnicki


































Komentarze: